Dwa kompletne krótkie kazania, każde na inną okazję: kazanie osoby świeckiej o Psalmie 23 na nabożeństwo w parafii oraz nabożeństwo z okazji chrztu w małym gronie. Nazwiska są zmyślone, budowa prawdziwa. Po każdym przykładzie wyjaśniam, dlaczego działa, żebyś mógł przenieść wzór na własny tekst. Trójkrok, który za tym stoi, opisuje strona Napisz kazanie.
Przykład 1: Kazanie osoby świeckiej o Psalmie 23 na nabożeństwie parafialnym
Sytuacja: niedzielne nabożeństwo we wiejskiej parafii, kaznodziejka świecka zastępuje pastora. Około czterech minut mówienia.
Droga parafio,
„Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego”. Tego zdania wielu z nas nauczyło się na pamięć na lekcjach konfirmacyjnych. U mnie było to ponad czterdzieści lat temu, a słyszę je do dziś w głosie pastora Behrensa, który przy odpytywaniu zawsze cicho przytakiwał, jakby chciał powiedzieć: zapamiętajcie to, jeszcze wam się przyda.
Przez długi czas uważałam ten psalm za zbyt gładki. Zielone łąki, świeża woda, zastawiony stół: to brzmiało jak świat, w którym zawsze wszystko dobrze się kończy. Mój świat często taki nie był. Trzy lata temu siedziałam w nocy w szpitalu w Stade, na korytarzu przed oddziałem intensywnej terapii. Za drzwiami leżał mój mąż Heinrich. I z całego psalmu przyszedł mi tamtej nocy do głowy dokładnie jeden półwers: „Chociażbym nawet szedł ciemną doliną”.
Od tamtej pory czytam ten tekst inaczej. Dawid nie opisuje świata bez skazy. Sam był pasterzem, zanim został królem; wiedział, że między zielonymi łąkami leży rumowisko, a owce gubią drogę. Ciemna dolina stoi w samym środku psalmu, nie omija nikogo. Modlący się przez nią przechodzi. Zmienia się co innego: przechodzi z kimś. „Bo Ty jesteś ze mną; Twój kij i Twoja laska są mi pociechą”.
Mnie tamtej nocy nikt nie zabrał lęku. Ale koło drugiej pielęgniarka nocna postawiła przede mną kawę i powiedziała: „Jestem obok. Proszę po prostu zapukać”. Nic więcej. To wystarczyło, żeby przetrwać noc. Myślę, że tak mniej więcej rozumie psalm pasterza: nie czarodziejska różdżka, która zasypuje doliny. Obecność, która zostaje, gdy jest ciemno.
Heinrich wtedy wyzdrowiał. Wiem, że takie noce mogą skończyć się inaczej, także tu, we wsi, w tym roku ludzie przeszli przez doliny, które nie miały dobrego końca. Psalm nie obiecuje dobrego końca na zamówienie. Obiecuje: nie idziesz sam. Na początku stoi pasterz, na końcu dom Pański — a pomiędzy nimi leży dolina, z towarzyszem.
Może siedzi dziś rano tutaj ktoś, kto tkwi właśnie w środku takiej doliny: diagnoza, opieka, która zabiera siły, dziecko, o które się martwisz. Dla ciebie ten psalm stoi z tyłu w śpiewniku. Można go odmawiać nocą, gdy sen nie przychodzi; te słowa znają drogę także w ciemności. A może siedzi tu ktoś, komu jest dobrze. Wtedy w tym tygodniu możesz być dla kogoś innego pielęgniarką nocną: zostać obok, być w zasięgu, z kawą w odpowiedniej chwili. Często Boże towarzyszenie wygląda właśnie tak: jak ludzie, którzy zostają.
Amen.
Dlaczego to kazanie działa: Budowa idzie za trójkrokiem tekst, życie, pocieszenie, tylko w formie splecionej. Wejście przygarnia parafię przez wspólne wspomnienie (lekcje konfirmacyjne), potem przychodzi szczery zarzut wobec tekstu: zbyt gładki. Ten zarzut otwiera wykład, bo zmusza do pytania, co psalm naprawdę twierdzi. Odniesienie do życia to jedna, konkretna scena z miejscem i godziną: szpitalny korytarz, druga w nocy, kawa. Interpretacja wisi na tej scenie: towarzyszenie jako sedno psalmu. Pocieszenie na końcu rozchodzi się w dwie strony, do tych w dolinie i do tych obok, a rozesłanie robi z pielęgniarki nocnej wzór działania na tydzień. Nie tłumaczy się żadnego wersetu, którego nie potrzeba.
Przykład 2: Nabożeństwo z okazji chrztu w małym gronie
Sytuacja: chrzest w gronie rodziny, potem przyjęcie w ogrodzie rodziców. Matka chrzestna wygłasza przed jedzeniem krótkie nabożeństwo, około trzech minut.
Zanim zjemy, chcę jeszcze na chwilę zatrzymać to, po co dziś tu jesteśmy. Spokojnie, będę mówić krócej, niż piecze się pieczeń.
Lena i Tobias wybrali dla Fridy werset chrzcielny, z Psalmu 121: „Pan będzie strzegł twego wyjścia i przyjścia, teraz i aż na wieki”. Gdy Lena przeczytała mi ten werset, musiałam się roześmiać. Wyjście i przyjście: u was to teraz dosłownie temat. Frida ma jedenaście miesięcy i dwa tygodnie temu odkryła drzwi tarasowe. Odtąd nie ma zmiłuj. Tobias podwiązał już klamkę do góry. Nic nie daje. Frida i tak co rano staje przed nimi i szarpie.
Właśnie dlatego uważam ten werset za tak dobrze wybrany. Psalm mówi o ludziach, którzy są w drodze. Strzeżone nie jest dziecko, które siedzi cicho w kojcu. Strzeżone jest to, które rusza w świat: za drzwi, na pierwszy dzień szkoły, na najwyższy szczebel drabinki, kiedyś do pierwszego własnego mieszkania. Błogosławieństwo liczy się z tym, że Frida pójdzie. Obiecuje, że ktoś pójdzie z nią.
Leno, Tobiaszu, przy wielu z tych wyjść będziecie obecni. Przy pierwszych niemal wszystkich: trzymacie siodełko roweru, stoicie przy szkolnej bramie, czekacie nocą na dźwięk drzwi wejściowych. Moja mama mówi, że to czekanie nigdy się nie kończy. Robi to przy mnie do dziś. Ale werset chrzcielny mówi coś, co może wam ulżyć: nie musicie być wszędzie. Są drogi, na których nie zdołacie towarzyszyć córce, i właśnie na te drogi Frida dostała dziś obietnicę. „Teraz i aż na wieki” — to dłużej, niż rodzice są w stanie czuwać.
A my, pozostali, którzy stoimy dziś w tym ogrodzie, mamy przy tym własne zadanie. Jako matka chrzestna obiecałam przed chwilą w kościele coś, ale wierzę, że ta obietnica w małym wymiarze dotyczy nas wszystkich: żeby za każdymi drzwiami, przez które Frida przejdzie, znajdowała ludzi, którzy chcą dla niej dobrze. Ktoś pomoże jej później z matematyki, ktoś inny wysłucha, gdy w domu się pokłócą, a jeszcze ktoś pożyczy dostawczaka na przeprowadzkę. To nasza część jej wersetu chrzcielnego.
Frido, z tego dnia nic nie zapamiętasz, tylko zdjęcia, na których masz na sobie sukienkę do chrztu twojej babci Ingrid. Ale gdy za osiemnaście lat przejdziesz przez jakiekolwiek drzwi, o których dziś nie mamy pojęcia, to zdanie wciąż będzie ważne: strzeżona, przy wychodzeniu i przy powrocie.
Błogosławionego dnia dla nas wszystkich, a teraz: smacznego.
Dlaczego to kazanie działa: Także nabożeństwo idzie drogą tekst, życie, pocieszenie, tylko gęściej. Tekst stoi wcześnie i od razu zostaje uziemiony w detalu, który ma tylko ta rodzina: drzwi tarasowe, jedenaście miesięcy, nie ma zmiłuj. Wykład składa się z jednej jedynej myśli (strzeżony jest ten, kto rusza w świat) i rezygnuje z każdej dalszej interpretacji, bo trzy minuty nie udźwigną drugiego punktu. Pocieszenie zostaje rozdzielone między obecnych: ulga dla rodziców, zadanie dla gości, zdanie prosto do dziecka, które zrozumie je dopiero za lata. Zakończenie sprowadza nabożeństwo z powrotem do przyjęcia, zamiast kończyć je ciężarem. Tak zostaje tym, czym nabożeństwo w gronie rodziny być powinno: krótkim duchowym przystankiem w środku święta.
Wzór, który stoi za obydwoma kazaniami
Oba przykłady budują na tym samym szkielecie: tekst biblijny, jedna jedyna myśl przewodnia, konkretna scena jako most do życia, pocieszenie, które wypuszcza słuchaczy z czymś. Zmienia się dawkowanie: nabożeństwo zniesie wykład z zarzutem i zwrotem, rodzinne święto potrzebuje najkrótszej drogi od wersetu do codzienności. Kiedy piszesz własne kazanie albo nabożeństwo: poszukaj najpierw tej jednej sceny, którą tylko ty możesz opowiedzieć, i zawieś na niej tekst. Jak wygląda cała droga od tekstu biblijnego do gotowego manuskryptu, opisuje strona Napisz kazanie; tam eloqole pomoże ci też uporządkować i sformułować całość.